"Państwo", czyli kto?

Przeczytałem gdzieś, że kobieta wróciła z wcześniejszej emerytury do pracy, jako samozatrudniona i po kilku latach pracy i odprowadzania składek do ZUS, poprosiła o przeliczenie emerytury. Nowa emerytura okazała się niższa od tej wcześniejszej. To tylko jeden z setek tysięcy przykładów wyruchania obywatela przez Państwo.

No, właśnie. Tylko kto jest tym "Państwem", które każe czekać kilka lat na zabiegi medyczne, ustala idiotyczne przepisy prawa etc.?

Przecież to "Państwo" to tacy sami ludzie jak my. To nie są jakieś sprowadzone z Neptuna androidy, tylko zwykli ludzie, pracujący jako urzędnicy, funkcjonariusze, inspektorzy... Co więcej - oni też korzystają z tych przepisów i padają ich ofiarami. Kobieta wyliczająca w ZUS-ie tę niższą, złodziejską emeryturę, idzie po pracy do przychodni, żeby tam dowiedzieć się, że jej wizyta u specjalisty będzie w III kwartale następnego roku. Czy ci ludzie, tworzący aparat państwowy pracują bezrefleksyjnie? Gówno ich obchodzi szara masa przelewająca się za oknem urzędu? Ale przecież oni też do niej należą. Oni, ich bliscy... A może odbędniają tylko swoje osiem godzin byle jak, aby wysiedzieć za biurkiem "od skowronka do żaby" i mają w dupie rezultat swojej pracy? Czy może robią to zemsty, na zasadzie "mnie wyruchali, to ja wyrucham dzisiaj kogoś innego"? Gdzie zaczyna się ten problem? Czy już na poziomie ustawodawczym, gdy tworzone są bzdurne przepisy, czy na poziomie wykonawczym, gdy bzdurne prawo trzeba interpretować. Co to w ogóle znaczy "interpretacja prawa"? Prawo powinno być tak napisane, żeby nie wymagało interpretacji. Ale to już inna historia...