Eschatologia ogół poglądów na temat ostatecznych (pośmiertnych) losów jednostki ludzkiej i (końca) świata. Etym. - gr. éschatos 'ostatni'
Tyle definicja ze "Słownika wyrazów obcych..." Kopalińskiego.

Czemu ma służyć ta podstrona?
Najprościej rzecz ujmując - jest próbą oswojenia się ze śmiercią.
Być może określenie "eschatologia" w odniesieniu do treści zawartych w tym dziale jest nieco na wyrost, jako że eschatologia jest związana ze sferą religii, natomiast ja nie zamierzam za bardzo zagłębiać się w te rejony. Zamierzam raczej skupić się na "namacalnych" aspektach śmierci i rzeczy ostatecznych, mających więcej chyba wspólnego z tanatologią, aczkolwiek to określenie też nie oddaje dokładnie tej tematyki. Niech więc zostanie "eschatologia".

Śmierć jest tym, co czeka każdego z nas, bez względu na to czy codziennie gra w tenisa i zdrowo się odżywia czy też spędza całe dnie przed telewizorem lub komputerem, obżerając się chipsami.
Nie jest to nic odkrywczego. A może jednak?
Kto zastanawiał się tak dogłębnie, patrząc na otaczający nas świat, że "kiedyś to wszystko się skończy; przestanę istnieć - ja. JA PRZESTANĘ ISTNIEĆ! Nie będę widział, czuł, oddychał; zgasnę jak telewizor; ciemność okryje moje oczy i już".
Z reguły o tym nie myślimy, wydaje nam się, odwrotnie proporcjonalnie do naszego wieku, że jesteśmy nieśmiertelni i to inni umierają a nie my. Nam się to raczej nie może przydarzyć i tak będzie już zawsze. Dopiero, gdy nas zakłuje w klatce piersiowej, albo przeczytamy w gazecie nekrolog znajomego, to przez mgnienie oka pomyślimy i o własnym końcu świata.
Jak twierdził Schoppenhauer, dla każdego z nas świat się kończy w momencie własnej śmierci. To jest taki nasz mały, osobniczy koniec świata. A czym się stajemy po śmierci? To proste - po śmierci stajemy się tym, czym byliśmy przed narodzinami. Tylko czy na pewno? Pan Schoppenhauer ma to już za sobą, lecz niestety, nie jest w stanie czy też nie chce się z nami podzielić tą wiedzą.

No właśnie! Jak to jest z tym całym "życiem po życiu"? Jest czy nie? Z jednej strony wydaje się, że MUSI coś być, no bo po co by to wszystko było? Jaki to wszystko miałoby sens? Tak złożone struktury jak człowiek, a zwłaszcza jego mózg, jaźń, świadomość, ten wewnętrzny głos, który towarzyszy nam przez całe życie, gdzieś musi się podziać po rozkładzie naszego ciała!

Z drugiej strony wydaje się to absurdalne - dlaczego miałoby cokolwiek istnieć? Dusza? No dobrze - my mamy duszę. A czy pies ma duszę? Świnka morska? Dżdżownica? A może chociaż szympansy, delfiny czy słonie - są przecież takie inteligentne i jak stwierdzono - posiadają samoświadomość. Kto zasługuje na duszę a kto nie? Na jakim poziomie skomplikowania organizmu pojawia się dusza? Trzeba mieć istotę szarą w mózgu? Hipokamp?
Gdzie dusza wędruje po śmierci? Leży w trumnie z ciałem, czy odlatuje do innego wszechświata lub wymiaru?
Czy materia lub energia (w sumie to to samo), która tworzy duszę, jest niezniszczalna? Czy wybuch jądrowy albo czarna dziura mogą zniszczyć duszę?
A co z duszami dzieci, ludzi chorych psychicznie czy niedorozwiniętych umysłowo? Co z duszami ludzi niewidomych, głuchoniemych? Czy ich formy pośmiertnej egzystencji są całe i zdrowe? Czy dusze dzieci dojrzewają, rosną? Czy nadal tylko bezsensownie gaworzą albo się ślinią ektoplazmą?
Cała materia we Wszechświecie kiedyś się rozpadnie w nicość. Nawet protony. Nastąpi to dopiero za jakieś sto tysięcy miliardów miliardów miliardów lat (1032), ale nastąpi! Czy wobec tych skomplikowanych pytań nie prościej jest założyć, że niczego nie ma? Jak głosi słynny postulat Ockhama "entia non sunt multiplicanda" - bytów (tu: teorii) nie należy kreować ponad konieczność. Założenie, że nie ma nic po śmierci jest bardzo eleganckie - upraszcza całą sytuację i rozwiewa wszelkie powyższe wątpliwości.

Czy wierzę w istnienie świadomości po śmierci? Odpowiem tak - chciałbym wierzyć. Racjonalizm mówi, że to fikcja, ale jakaś samolubna cząstka mnie rozpaczliwie rozdmuchuje najmniejszą iskierkę nadziei. No bo kto by nie chciał istnieć zawsze? W dobrym zdrowiu (dusze chyba nie chorują?), ze zgromadzonym przez całe życie bagażem wiedzy i doświadczeń?
A jeśli coś jest? No to dlaczego zmarli się z nami nie kontaktują? Czy może żyją obok nas, a my nie zdajemy sobie sprawy z ich obecności, tak jak nie jesteśmy świadomi fal elektromagnetycznych (z nielicznymi wyjątkami jak chociażby światło widzialne czy podczerwień), w morzu których się dosłownie pławimy codziennie? A może po prostu nie mogą się z nami skontaktować tak jak w tej chińskiej przypowieści o ważkach - larwy pod powierzchnią wody obiecują sobie wzajemnie, że gdy zostaną owadami to na pewno dadzą znać, jak tam jest - nad wodą; przepoczwarzają się i ślad po nich znika - żadna larwa nigdy się nie dowiedziała od ważki jak jest tam, nad wodą...
No, ale są przecież relacje tych, którzy mieli śmierć kliniczną. Tunel, nieziemska przyjemność, zmarli znajomi, niechęć do powrotu "na Ziemię" etc. Ale skoro to była tylko śmierć kliniczna i udało się ich odratować, to znaczy, że nie umarli, więc skąd mogą wiedzieć co jest po prawdziwej śmierci? Jeśli to tylko niedotleniony mózg wyprawiał harce, wydzielały się endorfiny dające poczucie przyjemności i jeszcze licho wie jakie neurotransmitery? Przecież odkryto, że drażniąc odpowiednie obszary mózgu prądem, można wywołać bardzo podobne zjawiska jak uczucie znajdowania się poza ciałem czy wrażenie obecności innej, niezidentyfikowanej osobowości obok nas. Zastanawiać może fakt spotykania "w zaświatach" tych zmarłych, o których osoby w śmierci klinicznej nie wiedziały, że już nie żyją. Może to tylko przypadek, halucynacja, a może nie...

Niedobrze jest liznąć trochę wiedzy. Wtedy wszystko przestaje być tym, czym być się wydaje. Umysły nie obciążone medycyną, biochemią, fizyką czy filozofią mają łatwiej - skoro wierzą w Boga to coś tam jest - diabeł, Jezus, kolejne wcielenie, nirwana, leżenie w grobie i czekanie na przyjście Mesjasza... Po prostu przyjmują do wiadomości, że istnieje świat duchowy, życie pozagrobowe, Bóg i tyle. "Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli". To szczera prawda. Ci przynajmniej mają spokój. Reszta albo o tym nie myśli, albo udaje, że nie myśli.

A jeśli rzeczywiście nie ma nic po śmierci? Neurony umierają, a w raz z nimi umiera nasza jaźń, samoświadomość, wspomnienia...
Cóż, w takim razie powinniśmy być nieskończenie wdzięczni losowi, że dane nam było zaistnieć przez drobną chwilę we Wszechświecie. Stosunek czasu trwania naszego życia do czasu istnienia Wszechświata wynosi tyle ile czas potrzebny na wykonanie dwóch oddechów w stosunku do czasu naszego życia. Jesteśmy dwoma oddechami w eonach trwania Wszechświata. Ale za to mogliśmy zobaczyć gwiazdy, dane nam było prowadzić samochód, czerpać radość z piękna przyrody, relacji z innymi ludźmi, mogliśmy przeczytać trochę książek, obejrzeć kilka filmów, przeżyć radości i smutki, coś stworzyć, coś zniszczyć. Inni nie mieli takiej szansy. Tak jak głosi hasło wymyślone pod koniec 2008 roku przez ruch ateistów z Wielkiej Brytanii: "Boga prawdopodobnie nie ma. Nie przejmuj się. Ciesz się życiem."

Wracając jednak do niniejszej strony...
W dzisiejszych czasach śmierć jest rzeczą wstydliwą i krępującą. Jest tabu. Gdzieś istnieje, lecz na marginesie. Kostnice są umiejscowione w najodleglejszych czeluściach szpitali. Reklamy usług pogrzebowych ukryte na odległych stronach działu ogłoszeń, a sam fakt śmierci w rodzinie wydaje się być niestosowny i kłopotliwy. Ludzie umierają najczęściej w szpitalnej samotności, w specjalnie do tego przeznaczonych salach "dla tych w stanie terminalnym" albo za parawanem na sali ogólnej "żeby inni pacjenci się nie denerwowali". Wprawdzie każdy umiera samotnie, ale niekoniecznie musi umierać w samotności. Szczęśli, którzy mogą umrzeć wśród bliskich, w "normalnych" warunkach; szczęśliwi ci, którzy mogą odejść w hospicjum, miejscu gdzie nikomu się już nigdzie nie śpieszy i gdzie nikt nie wypiera się śmierci.
Sam proces umierania w zasadzie jest taki sam, różne są jedynie przyczyny, które do niego prowadzą. O tym też będzie można tu przeczytać, chociaż to już bardziej trąci tanatologią.

Nie ma tu epatowania zdjęciami z sekcji zwłok, ofiar rozmaitych wypadków, wojen, zrakowaciałych płuc, mózgów po wylewie etc. Tego jest pełno w sieci. Również szata graficzna tej strony jest bardzo spartańska - bardziej przypomina prosektorium niż barokowy nagrobek z portretem trumiennym na czele.
Tematy związane z końcem naszych czasów w pojęciu naukowym, czyli końcu Wszechświata, znajdują się w dziale "Astronomia". Tam można poczytać o Wielkim Rozdarciu, Wielkim Zgnieceniu i innych "sympatycznych" scenariuszach końca Wszechświata." To tyle.
Jak ktoś nie ma ochoty to niech nie czyta - i tak umrze...